Uwaga: dzieci na linii frontu

26 12 2009

Od początku pierwszych cywilizacji wojna była nieodłącznym motywem przemian, rozwoju i upadku społeczeństw. Wraz z postępem następowały zmiany w sposobie prowadzenia działań militarnych, które dotyczyły również osób w nich uczestniczących. Wojny i konflikty zbrojne zazwyczaj były domeną dorosłych, obecnie jednak zauważa się silną dewaluację wiekową wśród kombatantów, która prowadzi do wygenerowania się nowych uczestników pola walki: dzieci-żołnierzy.

Ustanowiony w 1648 r. pokój westfalski usankcjonował przejrzyste zasady prowadzenia wojen. Były one suwerennym prawem każdego monarchy, który rozstrzygał spór militarny z równym sobie władcą przy wykorzystaniu własnego wojska i na ubitej ziemi. Kwestia ta dotyczyła głównie tylko zainteresowanych stron, w znikomym stopniu angażując ludność cywilną w konflikt. Sytuacja zmieniła się wraz z nastaniem ery napoleońskiej, która rozpoczęła okres wojen narodów włączających do walki całe rzesze społeczeństwa. Z czasem zaczęła zacierać się granica pomiędzy wojownikami (żołnierzami) a cywilami. Najlepszym tego przykładem były wojny XX wieku, w których cierpieli zarówno walczący, jak i niewalczący. Ci ostatni czasami nawet bardziej. Jednak prowadzenie działań zbrojnych związane było zawsze z udziałem dorosłych, pełnoletnich przedstawicieli skonfliktowanych państw czy nacji. Obecny trend wskazuje na to, iż wojny przestają być wyłączną domeną podmiotów państwowych, ale też dorosłych. Coraz częściej na polu bitwy strony walczące posługują się oddziałami złożonymi z osób nieletnich. Potocznie określa się ich mianem „dzieci-żołnierze”. Większość armii świata, jak na razie, bagatelizuje obecność dzieci w sferze aktywnych działań zbrojnych, czego efektem jest brak oficjalnej doktryny wojskowej traktującej o zachowaniach i strategii działania względem młodocianych kombatantów.

Niepokojące trendy

Fundusz Narodów Zjednoczonych na Rzecz Dzieci (UNICEF) definiuje dzieci-żołnierzy jako osoby poniżej 18 roku życia, które są aktywnymi członkami regularnych lub nieregularnych sił zbrojnych (bojówek). Wystarczy, żeby dziecko pełniło rolę kucharza, kuriera czy tragarza w takiej formacji – zgodnie z definicją UNICEF będzie uznane za „żołnierza”. Dotyczy to również dziewczynek, pełniących funkcje prostytutek.

Liczba dzieci biorących udział w działaniach zbrojnych (osoby poniżej 18 roku życia) drastycznie wzrasta, szczególnie w przypadku konfliktów prowadzonych przez niepaństwowych aktorów: partyzantów, terrorystów, gangsterów czy watażków (warlordów). Nie są znane dokładne dane na temat ilości dzieci uczestniczących w konfliktach zbrojnych i wojnach, ale UNICEF szacuje tę liczbę na około pół miliona, z czego 250-300 tysięcy z nich nie ma skończonego nawet dziesiątego roku życia (średnia wieku ma wynosić 13.3). Rekrutacja dzieci-żołnierzy najczęściej odbywa się poprzez masowe porwania, a następnie manipulacje, które mają obrócić „kandydatów” przeciwko społeczności, z której się wywodzą, a nawet ich własnej rodzinie. Dotyczy to nie tylko chłopców, ale również dziewczynek, które prócz funkcji militarnych często oferują świadczenia seksualne dla dowódców i pozostałych żołnierzy.

Zakłada się, że około 50 państw na świecie rekrutuje do swoich struktur wojskowych osoby poniżej 18 roku życia, zazwyczaj z pogwałceniem prawa międzynarodowego i krajowego. Ustanowiona w 1989 roku Konwencja o prawach dziecka dopuszcza rekrutowanie do wojska od 15 roku życia, jednak zapis ten często nie jest respektowany przez rządzących w wyniku czego wciela się dzieci mające mniej niż 15 lat do oddziałów zbrojnych. Zgodnie z danymi na rok 2001 w 37 na 55 toczących się w tym czasie konfliktach zbrojnych i wojnach brały udział dzieci mające mniej niż 18 lat. W 80% wspomnianych konfliktów, uczestniczący w nich nieletni nie ukończyli nawet 15 roku życia.

W przeszłości do dziecięcych oddziałów rekrutowano zazwyczaj chłopców, głównie ze względu na większą wytrzymałość fizyczną względem dziewczynek. Obecnie również stanowią oni większość, ale proporcje uległy pewnym zmianom – 30% wszystkich dzieci-żołnierzy to dziewczynki. Największą liczbę stanowiły w oddziałach Tamilskich Tygrysów (Tygrysy Wyzwolenia Tamilskiego Ilamu – LTTE) w połowie lat osiemdziesiątych. Walcząc o utworzenie w północnej części Sri Lanki państwa Ilamu, Tygrysy stworzyły specjalną grupę bojową składającą się głównie z dzieci poniżej 16 roku życia. Połowę z nich stanowiły dziewczynki, których zadaniem było przenoszenie ładunków wybuchowych przez punkty kontrolne – przepisy dotyczące przeszukiwania przechodzących przez nie cywilów były łaskawsze dla kobiet niż dla mężczyzn.

Idealni żołnierze?

Istnieje kilka obiektywnych przesłanek, dla których wciela się nieletnich do formacji militarnych. Dużo prościej je porwać, poddać procesowi manipulacji i indoktrynacji aniżeli osoby dorosłe. Szybko uczą się nowych rzeczy, np. obsługi broni, przez co skraca się czas przystosowywania ich pod względem militarnym. Dzięki swej zręczności i szybkości potrafią łatwiej przemieszczać się na polu walki, co przekłada się również na dużo chętniejsze podejmowanie ryzyka w trakcie bitwy, w przeciwieństwie do osoby ukształtowanej już emocjonalnie. Dzięki swojej niedojrzałości i braku posiadania wykształconej osobowości, dzieci są bardziej uległe przywódcom i praktycznie nie negują ich decyzji. Często przydziela się im do zrealizowania zadania na tyłach wroga o charakterze szpiegowskim (nie przyciągają tyle uwagi, co dorośli) lub wykorzystuje się je do przenoszenia bomb w samo centrum walki. Postrzega się je jako tanią i zbędną siłę roboczą, która nie wymaga dużo nakładów w postaci jedzenia i zapłaty za służbę. Dzieci-żołnierze stawiają też swoich przeciwników przed dylematem moralnym, zakazującym im strzelania do kilkunastoletniego chłopca czy dziewczynki.

Dlatego w Iraku grupy terrorystyczne chętnie angażują do swoich działań dzieci poniżej 10 roku życia. Służą głównie do podtrzymywania sieci wywiadowczej i komunikacyjnej terrorystów. Większość rekrutów ma jednak od 15 do 17 lat. Ci z kolei zajmują się podkładaniem improwizowanych ładunków wybuchowych, porwaniami, a niekiedy też czynnym udziałem w starciach z siłami koalicji. Wyjątkowym jest, że w Iraku dzieci-żołnierze są opłacani za udzielaną bojownikom pomoc. Za podłożenie bomby inkasują od 200 do 300 dolarów, a jeżeli zamach powiedzie się są gloryfikowani na stronach internetowych terrorystów. Niektórzy amerykańscy wojskowi podają, że liczba walczących nieletnich przewyższa liczbę wojsk stabilizujących Irak. Statystyki również nie napawają optymizmem. Kiedy w styczniu 2007 roku ujęto około setki dzieci-żołnierzy, to w grudniu wskaźnik ten wynosił już prawie tysiąc schwytanych.

Chociaż problem „dzieci wojny” dotyczy wielu krajów na świecie, m.in. Iraku, Afganistanu, Sri Lanki czy Birmy, to najczęściej problem ten problem wiąże się z państwami afrykańskimi, takimi jak Liberia czy Uganda. W wymienionych państwach rozgrywają się konflikty o niskiej intensywności, które generowane są przez dwa główne czynniki umożliwiają rekrutację młodocianych żołnierzy do paramilitarnych bojówek i organizacji. Po pierwsze, niewielki koszt zakupu broni i możliwość prowadzenia działań zbrojnych w oparciu o lekki sprzęt. Ciężarówki zastępują wozy opancerzone i czołgi, a niska cena AK-47 pozwala łatwo i szybko dozbroić się. Dla przykładu, jeden AK-47 w Ugandzie oscyluje wokół wartości kury, z kolei w północnej Kenii można go kupić za cenę kozy. Po drugie, w żyjących tam społeczeństwach istnieje łatwy dostęp do „czynnika żywego” w postaci ludzi młodych (dzieci i młodzieży), którzy pozbawieni perspektyw życiowych poszukują w zbrojnych watahach stabilizacji i prestiżu. Służąc w militarnej bojówce młodzi ludzie dowartościowują się i pożądają respektu od innych, co osiągają poprzez terroryzowanie bezbronnych mieszkańców niewielkich wiosek, w których niegdyś sami mogli mieszkać. Wymienione czynniki w znacznej mierze ułatwiają indoktrynowanie i manipulowanie dziećmi, których pojmowanie świata zaczyna ograniczać się wyłącznie do życia w zbrojnej grupie.

Nie bez znaczenia jest również fakt, iż w Afryce jedna trzecia dzieci jest niedożywiona, a w 2010 r. problem ten będzie dotyczył połowy wszystkich dzieci na kontynencie. Dlatego przyłączenie się do jakiejś bojówki dla wielu z nich jest jedyną szansą na przeżycie. Kwestia niedożywienia, oprócz zagrożenia dla życia, niesie ze sobą inną implikację – taki organizm jest uboższy w podstawowe mikroelementy i witaminy, które to czynniki wpływają na zdolność samodzielnego myślenia. Bez nich dużo łatwiej wpływać na sposób myślenia młodego człowieka, co w znaczniej mierze ułatwia proces jego rekrutacji.

Najlepszym przykładem niskobudżetowego wojska, sformowanego głównie z dziecięcych oddziałów jest Liberia za czasów Charlesa Taylora, który był jednym z największych afrykańskich warlordów, a potem piastował urząd prezydenta tego państwa w latach 1997-2003. Przed objęciem władzy zdołał powołać pod broń ponad dwadzieścia tysięcy młodocianych żołnierzy, dzięki którym utworzył quasi państwo – Taylor Land będące enklawą Liberii. Taylor pokazał jak łatwo zmobilizować (uprowadzić i zmanipulować) rzeszę dzieci, które z oddaniem poświęcą życie za sprawę przywódcy.

Brutalna rekrutacja

Niezależnie od szerokości geograficznej, pod jaką toczy się konflikt, metody rekrutacji zdają się być te same. Czasem zbrojna grupa pojawia się w danej miejscowości, gdzie dokonuje masowych gwałtów i morderstw na jej mieszkańcach. Jeżeli znajdują się tam dzieci, są one zabierane siłą z domów i wcielane do oddziałów. Zazwyczaj jednak niepełnoletni sami starają się przyłączyć do bojówek, bowiem dają one szansę „lepszego” życia. Proces manipulacji i indoktrynacji odbywa się jednocześnie. W międzyczasie dziecko jest bite, głodzone, przemieszczane z miejsca na miejsce. Podsyca się w nim agresję i chęć zemsty – wrogiem jest każdy spoza grupy. Etapem wieńczącym ten proces jest dokonanie rytualnego morderstwa albo egzekucji, nierzadko poprzedzonej długotrwałym znęcaniem się nad ofiarami. Okres przystosowawczy zazwyczaj doprowadza dzieci-żołnierzy do wyzbycia się uczuć wyższych, jak miłość czy współczucie. Stają się posłusznymi i pozbawionymi wolnej woli egzekutorami decyzji przywódcy grupy. W Sierra Leone dzieci-żołnierze jednej z bojówek miały określać się mianem „cyborgów”, co nadawało im status bezdusznych maszyn i zimnych morderców.

W międzyczasie dzieci uczone są obsługi broni i prowadzenia pojazdów. Na pole bitwy posyłane są bez poczucia moralności i wyobrażenia o konsekwencjach własnych czynów. Często wysyłane są do walki po zażyciu narkotyków czy alkoholu, co ma podnieść ich zdolność bojową. Jako iż dzieci można łatwo werbować i przekształcać w tanią siłę roboczą, przeciwstawiane są nierzadko liczniejszym i lepiej uzbrojonym przeciwnikom. Tak „wyszkolona” i uzbrojona młodzież często podchodzi beztrosko do wszelkich zagrożeń, tym samym będą jeszcze bardziej nieprzewidywalną i niebezpieczną. Dzieciom-żołnierzom brakuje oporów przed zadawaniem bólu i śmierci. Gdy ma dojść do walki pomiędzy oddziałami warlorda i podmiotu państwowego, ten na pierwszą linię wyśle formacje dziecięce, bowiem ich utrata nie będzie dotkliwa, a przed swoim unicestwieniem zada nieprzyjacielowi dotkliwe straty.

George Friedman w swojej prognozie na XXI wiek („Następne 100 Lat. Prognoza na XXI wiek”) przyznał, że posiadanie dzieci przestało się opłacać, ponieważ generują duże koszty, w zamian niewiele oferując. W przypadku dzieci-żołnierzy tendencja jest odwrotna. Watażka (uzurpujący sobie stanowisko ojca) otaczając się dużą ilością młodocianych wojowników zapewnia sobie maksimum bezpieczeństwa przy minimalnych kosztach. Dlatego znamiennym jest fakt, iż tak długo jak watażkowie mają dostęp do rzesz młodych, pozbawionych perspektyw i sfrustrowanych ludzi, tak długo będą dążyć do eskalacji przemocy, a także wywoływania nowych konfliktów. Wszelkie próby zaprowadzenia porządku są prawie zawsze skazane na porażkę, bowiem w miejscach takich jak Afryka Subsaharyjska prowadzenie wojen jest dużo tańsze niż utrzymanie pokoju.





Cele i wyzwania profesjonalizacji Sił Zbrojnych RP

20 12 2009

Rozpoczęty w 2007 roku proces modernizacji Wojska Polskiego nierzadko poddawany jest ostrej krytyce, która często ma bardziej charakter politycznej rozgrywki, aniżeli merytorycznego podejścia do sprawy. Przekształcenie polskiej armii to kwestia racji stanu, która wytyczy kształt naszej suwerenności na kolejne lata. Przyjęty w 2008 roku “Program profesjonalizacji Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej na lata 2008-2010” wytycza cele i zadania dla całej rządowej administracji, których realizacja ma doprowadzić do profesjonalizacji (modernizacji) Wojska Polskiego. Najważniejszym zadaniem będzie rezygnacja z armii poborowej, na rzecz zawodowej. Założono, iż stan ten ma być osiągnięty już w 2010 roku.

Proces modernizacji sił zbrojnych ma doprowadzić do pełnego uzawodowienia ich kadry, wprowadzenia nowych standardów w działaniu, uzbrojeniu i wykorzystywanym sprzęcie. Należy dążyć do kreowania wydajniejszych systemów dowodzenia, rozpoznania i obrazowania, ciągle zmieniającego się, pola walki.

Plany modernizacyjne są ambitne i będą trwać przynajmniej do 2018 roku. W tym miejscu warto zastanowić się nad problemem legitymizacji władzy przez jedną partię polityczną w Polsce. Może się okazać, że obecna ekipa zostanie (prędzej czy później) odsunięta od steru, co niewątpliwie odbije się na obecnych założeniach. Jak na razie jednak, są to tylko dywagacje.

Już dzisiaj WP liczy około 99 tysięcy żołnierzy zawodowych (ich liczba ma wzrosnąć w niedługim czasie do 100 tys.) – ostatecznie liczba żołnierzy ma wynosić 120 tysięcy. W ramach rządowego projektu ma zostać uproszczona i poprawiona procedura zakupów sprzętu i uzbrojenia, tak żeby również rodzimy przemysł zbrojeniowy mógł na tym zarobić. Ministerstwo Obrony założyło, że do 2018 r. zostanie zrealizowanych 14 programów (5 centralnych, 9 szczegółowych), na które przeznaczono 80 miliardów złotych.

Programy operacyjne:

  1. System obrony powietrznej i przeciwrakietowej
  2. Śmigłowce wsparcia bojowego i zabezpieczenia (21 % środków)
  3. Modernizacja Marynarki Wojennej (15 % środków)
  4. Zintegrowane systemy wsparcia dowodzenia oraz zobrazowania pola walki (11% środków)
  5. Bezzałogowe systemy rozpoznawcze i uderzeniowe

Programy szczegółowe:

  1. Indywidualne wyposażenie i uzbrojenie żołnierzy
  2. Symulatory
  3. Samoloty szkoleniowe
  4. Samoloty transportowe
  5. Wyrzutnie rakiet WR-40
  6. Wyrzutnie rakiet MLRS – Homar
  7. Artyleria lufowa (haubice samobieżne)
  8. Transportery opancerzone – Rosomaki (25 % środków)
  9. Przeciwpancerne pociski kierowane.

Na sam, nowy, sprzęt przeznaczono ponad 42 miliardy złotych, za które WP ma zakupić nowe śmigłowce, bezzałogowe samoloty, samobieżne haubice czy indywidualny osprzęt dla żołnierzy. Wszystko to ma prowadzić do unowocześnienia polskich formacji oraz wprowadzenia ich na nowy poziom działania . Cel generalny jest jeden: ma być taniej w utrzymaniu, bardziej mobilnie i nowocześniej.

Kolejnym wyzwaniem będzie zmniejszenie biurokracji, która ma być dużym hamulcem dla poprawnego działania WP. MON propaguje ten zamysł poprzez hasło: “więcej wojska w wojsku”, co ma wyprowadzić żołnierzy zza biurek na poligony i misje. W tym celu podjęte zostaną odpowiednie kroki, np. do 2012 roku nastąpi redukcja pracowników administracyjnych (ok. 2000 osób), co pociągnie za sobą likwidację, zbyt licznych, klubów garnizonowych o 57%. Również zmniejszy się liczba okręgów wojskowych (z 4 pozostaną 2), co skróci znacząco strukturę zarządzania administracyjnego wojska.

Jednym z priorytetowych zadań MON będzie powołanie Agencji Uzbrojenia, która zajmie się planowaniem zakupów i zaopatrzenia dla wojska – jest to zabieg centralizujący tą sferę wojskowości w Polsce, ale to właśnie na duże rozproszenie procedur narzeka się najbardziej, jeżeli chodzi o zakupy nowego sprzętu dla armii.

Jeżeli chodzi o “Program profesjonalizacji Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej na lata 2008-2010” został on rozłożony na trzy etapy, w czasie których będą realizowane kolejne zadania modernizacyjne dla polskiej armii. Pierwszy: Rok 2008 poświęcony został głównie odejściu od poboru i przygotowaniu do pełnego uzawodowienia armii. Drugi etap: Rok 2009 to czas legislacji przepisów pozwalających uzawodowić wojsko oraz całkowicie odstąpić od poboru. Ostatnia faza projektu: Rok 2010 ma całkowicie wyłączyć z sił zbrojnych żołnierzy poborowych oraz rozpoczęcie naboru ochotników do Narodowych Sił Rezerwy, które mają być wsparciem dla regularnych wojsk w sytuacjach kryzysowych, np. podczas klęsk żywiołowych.

Cały program modernizacyjny zakłada, iż zarówno dojdzie do zmian ilościowych (ograniczenie liczby wojska ze 150 do 120 tys. żołnierzy) oraz jakościowe, które pozwolą działać polskim siłom w nowych, asymetrycznych warunkach pola walki. Dlatego oprócz Wojsk Lądowych, Sił Powietrznych i Marynarki Wojennej powołano nowy rodzaj wojsk – Wojska Specjalne, w skład których wchodzi GROM, 1 Pułk Komandosów oraz Morska Jednostka Działań Specjalnych (Formoza).

Zmieniające się środowisko międzynarodowe (mam na myśli np. coraz większy udział aktorów niepaństwowych i tworzenie się między nimi skomplikowanych sieci powiązań) oraz zmiana percepcji pola walki, na którym przeciwnik jest rozmyty i rozproszony, nakazuje dostosowywać się do tych nowych realiów. Chyba, że w interesie Polski nie leży uczestnictwo w międzynarodowych misjach zbrojnych (pod egidą NATO). Proces profesjonalizacji ma raczej na celu przygotowanie naszych wojsk do działania daleko poza granicami kraju, gdzie muszą one być mobilne, elastyczne i niezawodne, aniżeli do frontalnej obrony Polski przed zewnętrznym zagrożeniem. Przeciwnicy koncepcji armii zawodowej mówią o większych kosztach jej powołania, ale z drugiej strony pojawia się fakt, który pokazuje zwiększoną siłę bojową mniej licznej armii dobrze uzbrojonej, niż formacji z poboru, które są dużo mniej efektywne. Dlatego, kiedy cel zostanie osiągnięty będziemy musieli być równie aktywni jak dziś, a może jeszcze bardziej, podczas różnego rodzaju misji wysyłanych przez NATO, UE czy ONZ.





Amerykanie dozbrajali Somalię

1 11 2009

Maj 2009 był niezwykle gorącym miesiącem w Somalii. W wyniku działalności wywrotowej dwóch organizacji paramilitarnych (al-Shabab i Hizbul Islam) Tymczasowy Rząd Federalny (Transitional Federal Government – TFG) stracił kontrolę nad większością państwa. W zasadzie, tylko centrum Mogadiszu znajdowało się w strefie wpływów legalnej władzy, zaś reszta miasta należała do działających w opozycji milicji i bojówek. W wyniku realnej groźby rozpadu państwa i całkowitej anihilacji legalnych władz, rząd USA postanowił wesprzeć TFG poprzez dostawy broni i transfer gotówki.

Amerykanie drogą morską dostarczyli Somalijczykom 19 ton amunicji, 48 granatników, 36 karabinów szturmowych PKM, 12 karabinów przeciwlotniczych DShK oraz 10 moździerzy. Sama dostawa przerwała, trwające 17 lat, embargo na broń, które zostało nałożone na kraj przez ONZ. Oprócz broni, USA przekazało rządowi 2 miliony dolarów, które miały zostać wydatkowane na dozbrojenie legalnych wojsk oraz pomoc humanitarną dla obywateli. Domniemywa się, że Amerykanie przekazali TFG część funduszy (od 900 tysięcy do 1.25 miliona dolarów) poza oficjalnymi rejestrami. Pieniądze miały najpierw trafić do stolicy Kenii, Nairobi, a dopiero potem do rządu w Mogadiszu.

Dozbrajanie TFG było jednym z pierwszych kroków, jakie podjęła administracja Baracka Obamy względem Somalii. Działanie to jest wynikiem nowej polityki przeciwterrorystycznej prowadzonej przez urzędującego prezydenta.

Somalia znajdująca się prawie od dwudziestu lat w stanie permanentnego konfliktu zbrojnego, uważana jest za jedno z najmniej stabilnych i bezpiecznych państw świata. 2.5 miliona mieszkańców żyje bez dachu nad głową, 500 tysięcy wiedzie żywot uchodźców rozproszonych po terytorium całego kraju, a kolejne 1.5 miliona egzystuje w obozach rozmieszczonych wewnątrz państwa.

W takich warunkach, skrajnie islamistyczne ugrupowania pokroju al-Shabab znajdują podatny grunt dla głoszenia swoich antyamerykańskich i antyrządowych poglądów, co prowadzi do pogłębiania się wewnątrzpaństwowego kryzysu. Poza tym, Amerykanie podejrzewają, iż al-Shabab współpracuję z al-Kaidą (głównie na płaszczyźnie szkoleń i wymiany informacji wywiadowczych).

Analiza sytuacji Tymczasowego Rządu Federalnego nakazuje stwierdzić, że gdyby nie amerykańska pomoc, zostałby on zbrojnie obalony przez paramilitarne bojówki, które na przełomie maja i czerwca przeprowadzały skoordynowane i sukcesywne ofensywy na wojska rządowe. USA, poprzez pomoc, chciało podkreślić swą ufność w sens istnienia TFG (wymiar symboliczny) oraz zahamować wzrost siły al-Shabab i Hizbul Islam (wymiar taktyczny).

Jednak już na początku sierpnia 2009, pojawiły się wątpliwości co do skuteczności pomocy dla TFG. Dostarczona drogą morską broń, miała stać się towarem na somalijskim rynku broni, gdzie np. ceny AK-47 wahają się od 100 do 600 dolarów, w zależności od nasilenia walk w Mogadiszu. Być może w maju, gdy sytuacja TFG była dramatyczna, wykorzystywano broń do aktualnych działań legalnego rządu, jednak w miarę uspokajania się sytuacji, część z dostarczonego uzbrojenia nie była, akurat, potrzebna i pojawiła się możliwość jego sprzedaży. Warto podkreślić, że handel bronią w Somalii to jedna z bardziej lukratywnych, i prostych, form zarabiania pieniędzy.

Jak zostało już wspomniane, somalijski handel bronią ograniczony był międzynarodowym embargiem. W tej sytuacji, jego rozwój stymulowany był pozytywnie masowe poprzez dezercje  wśród, których powszechnym było, poza opuszczaniem służby w wojsku, zabieranie ze sobą mundurów i uzbrojenia. Tylko w 2008 r. z armii zdezerterowało od 14 do 17 tysięcy żołnierzy.

Wydaje się, iż majowa dostawa broni dla Somalii nie była jednorazowym przypadkiem. Prawdopodobnie administracja Baracka Obamy będzie chciała mocniej zaintonować swoje zaangażowanie w Rogu Afryki, co również zostało potwierdzone w trakcie wizyty amerykańskiej sekretarz stanu – Hilary Clinton, która powtórzyła, iż pomoc dla TFG będzie kontynuowana. Prawdopodobnie Amerykanie upatrują pewnych nadziei w nowym, bo wybranym wiosną 2009 r., prezydencie Somalii – Sharifowi Ahmedowi, który cieszy się dużym poparciem obywateli. Przemawia za nim również fakt, iż jako kandydat na prezydenta cieszył się poparciem wszystkich ważniejszych somalijskich klanów. Być może nowy prezydent zdoła poskładać kraj w całość, czego jednak na pewno nie osiągnie bez pomocy z zewnątrz.