Amerykańscy neonaziści

11 06 2009

W środę (10.06.09) doszło do strzelaniny w amerykańskim Muzeum Holokaustu. Media donoszą, że jej prowodyrem miał być James von Brunn, 88-letni recydywista, przez media określany mianem „zagorzałego antysemity” i neonazisty. Ale czy na pewno oba określenia zostały trafnie użyte? Brunn, były skazaniec za napad z bronią w ręku na bank centralny kojarzony jest z amerykańskimi środowiskami rasistowskimi, jednak po pobieżnej analizie neonazistowskich for i portali wydaje się, iż nazwanie go przez prasę i telewizję „neonazistą” było nadużyciem.

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, iż nie utożsamiam się z jakimikolwiek poglądami tego typu formacji, artykuł ma być tylko przyczynkiem do dyskusji i być może, dalszych badań nad środowiskami, o których za wiele nie mówi się w polskiej prasie, a ich siła oddziaływania w USA jest dość znacząca.

I hope it’s a Muslim. I hope it’s a Muslim. (…) they will label as a crazed Nazi (…)

Powyższy cytat w zasadzie oddaje większość nastrojów, jakie panują pośród amerykańskich skrajnych prawicowców po incydencie w Waszyngtonie. Oburzenie, złość i frustracja – znowu ktoś im przypisze gębę i wywoła państwową nagonkę na nich. Dyskusje na forach tylko w początkowej fazie dotyczą tego, co zaszło w muzeum – potem zaczyna się swobodna interpretacja, że było to inspirowane przez wrogie środowiska (rzadko, że zdarzenie było wybrykiem starego, nie do końca zrównoważonego człowieka). Oczywiście nie brakuje też wątków traktujących o latynoskich imigrantach czy Murzynach strzelających do praworządnych amerykanów czy eksploatujących „biały” system i podkopujących amerykańską dumę i godność. Ostatecznie jednak wszyscy dochodzą do jednego wniosku: Brunn miał działać niezależnie, nikt o niczym nie wiedział. Neonaziści nie biorą za niego odpowiedzialności. Odcinają się grubą kreską.

Tragedia, która miała miejsce w Waszyngtonie (a w wyniku której śmierć poniósł jeden strażnik) z pewnością na nowo rozpocznie dyskusję na temat amerykańskich radykałów maszerujących pod swastykami. W Polsce raczej nie dostrzega się, tak odległego problemu – bardziej zainteresowani jesteśmy niemiecką NPD (z oczywistych względów), a amerykańskich antysemitów i rasistów kojarzymy bardziej po białych kapturach.

Ku Klux Klan – tak osławiony, nie gra na amerykańskiej „rasistowskiej” scenie pierwszych skrzypiec. Jest raczej kojarzony ze środowiskami nacjonalistycznymi – prowincjonalnymi. Tymi, którzy naprawdę się liczą i przysparzają najwięcej problemów amerykańskim rządom federalnym jest Narodowy Ruch Socjalistyczny – National Socialist Movement aka NSM88.

NSM88 jest obecnie największą w Ameryce Północnej grupą skupiającą środowiska neonazistowskie i propagującą tą właśnie ideologię i symbole. Założona w 1974 r. obecnie niepodzielnie dominuje na środkowym-zachodzie kraju (posiada swoje filie w aż 32 stanach!), a  matecznik znajduje się w Minneapolis. NSM, oprócz haseł rasistowskich i antysemickich, promuję ideę „Wielkiej Ameryki”, w której Żydzi, homoseksualiści i nie-bali pozbawieni będą wszelkich praw obywatelskich. W swoich szeregach skupia głównie ludzi młodych (głównie skinheadów), a także byłych członków Amerykańskiej Partii Nazistowskiej – partia ta dominowała w USA (wśród omawianych środowisk) w latach 60. XX wieku i była punktem wyjścia dla Narodowego Ruchu, obecnie jej rola jest już dużo mniejsza. NSW jest ruchem skonsolidowanym, który swoją silną strukturę zawdzięcza hierarchizacji oraz paramilitarnym wzorom postępowania.

Od 2006 roku zauważa się wzrost wpływów NSM na życie społeczno-polityczne Stanów, chociaż nadal ruch ten jest marginalizowany przez władze stanowe. Zwiększenie się siły NSM spowodowane było wchłonięciem dużych grup rasistowskich we własne struktury, co zwiększyło liczebność organizacji (brak jednak jest sprecyzowanych danych liczbowych na ten temat). Jednak już po roku, doszło do pewnego rozłamu, w wyniku którego wyodrębniło się kilka mniejszych frakcji, ale bez większej szkody dla samego ruchu. Grupa silnie oddziałuje w sferze wirtualnej – poprzez Internet i tworzenie serwisów społecznych typu New Saxon, mających skupiać ludzi o „podobnym sposobie myślenia” i będących przybudówkami dla samego NSM’u. Narodowi socjaliści prowadzą również własne radio internetowe oraz promują swoich artystów, poprzez prowadzenie samodzielnej wytwórni muzycznej –  NSM88 Records.

Jednak NSM nie jest jedyną grupą uzurpującą sobie doprowadzenie do dominacji białych nad innymi rasami w USA. Wspomniana już Amerykańska Partia Nazistowska promuje wzorce żywcem wzięte z czasów III Rzeszy, podkolorowane tylko pod amerykański kodeks karny. Na jej stronach nie brakuje ostrzeżeń (nawołujących do jakiejś aktywności) przeciwko zmniejszającej się populacji rasy białej w Stanach (i bynajmniej nie chodzi o to, żeby więcej czasu spędzać w łóżku). Wg APN w 2025 roku Amerykanie będą stanowić „TOTALną” mniejszość w stosunku do innych ras. Ten trend ma doprowadzić do wytworzenia się w USA swoistego apartheidu, w wyniku którego czarni (Murzyni), muzułmanie i Latynosi wezmą odwet na białej mniejszości.

Powyższe „ostrzeżenia” i „prognozy” można mnożyć do woli. Większość neonazistów w USA mówi o tym samym – boją się wzrostu demograficznego Latynosów i Murzynów, imputują że światem rządzą Żydzi, a Holocaust był tylko wymysłem dzieci Syjonu i sprzyjających (podległych) im środowisk. Nic nowego. Pewne obawy budzić może jednak fakt, iż partia polityczna typu Narodowego Ruchu Socjalistycznego w dobie kryzysu finansowego może liczyć na większy posłuch u coraz bardziej sfrustrowanych obywateli. Jak wiadomo, wszelkie krachy gospodarcze prowadzą do radykalizacji nastrojów społecznych i rozbudzają postawy rewizjonistyczne. Z kolei amerykańskie podejście do wolności słowa i wolności obywatelskich pozwala organizacjom neonazistowskim działać dość swobodnie, za pewne budząc coraz większe obawy, coraz liczniejszych Murzynów i Latynosów. Wg BBC w aż 46 stanach liczba mniejszości drastycznie zwiększa się w stosunku do ludności białej, zatem jeżeli prognozy się sprawdzą a neonaziści będą dalej rosnąć w siłę, to mniej więcej w 2025 roku będziemy mogli obserwować w USA swoiste „zderzenie ras”.

Na koniec mała dygresja – w pewnym sensie pozostajemy w powyższej tematyce. Otóż sami Amerykanie, biali, zaczynają stosować dość radykalne metody ograniczania ilości populacji. Nie panuje u nich przeświadczenie, że dzieci są najlepszą inwestycją emerytalną.  W zamian zaczynają prowadzić swoistą politykę kontroli urodzeń poprzez sterylizację mężczyzn. Trend ten staje się coraz popularniejszy wśród przedstawicieli średniej klasy, co przedstawiają wyraźnie statystyki. Jako środek antykoncepcji – 30% Amerykanek łyka tabletki, 27% kobiet poddaje się sterylizacji, 18% par używa prezerwatyw, a 10% mężczyzn w wieku reprodukcyjnym dokonuje dobrowolnej sterylizacji. Pytanie, co na to amerykańscy neonaziści?

Artykuł: Męskość pod nóż





Kryzys w Delcie

16 05 2009

Kiedy w 1999 r. dobiegała końca żołnierska dyktatura oczy świata zwrócone były z nadzieją ku Nigerii – najludniejszego państwa Afryki i mocarstwa energetycznego regionu. Pierwsza wolna elekcja spowodowana była śmiercią ostatniego z dyktatorów – Saniego Abachy – który nie namaścił nikogo, kto miałby kontynuować wojskowe rządy w Zatoce Gwinejskiej. Pierwszym, cywilnym przywódcą państwa (od ponad 30 lat) został emerytowany generał Olusegun Obasajno

Odejście od żołnierskiego przywództwa doprowadziło do wytworzenia się niezależnych milicji dowodzonych przez dawnych namiestników nigeryjskich prowincji. Z kolei obudzenie się politycznego ducha sprawiło, iż wielu Nigeryjczyków zaczęło przejawiać aspiracje do najwyższych urzędów. Obie te grupy bardzo szybko doszły do porozumienia i zaczęły ze sobą współpracować. Skutkiem tego było polityczne rozdrobnienie kraju, korupcja, brak legitymizacji  i stabilnych rządów. Uważa się, że to cud, iż targana wewnętrznymi konfliktami (a w niektórych momentach wojną domową) Nigeria jeszcze stanowi jednolity byt polityczny.

Gdy w maju 2007 roku, urząd prezydenta obejmował Yar’Adua prognozowano nowe, pozytywne rozdanie w Nigerii. Jednak nowy przywódca nie zdołał wybrnąć z wewnętrznego impasu, co jeszcze bardziej pogrążyło kraj w chaosie. Fatalna sytuacja wkrótce też zaczęła odbijać się negatywnie na sąsiadach Nigerii. 

W skutek braku spójnej i przemyślanej strategii państwa wzrosła skala przemocy i przestępczości w delcie Nigru, co owocowało (przez cały 2008 rok) licznymi starciami pomiędzy miejskimi bojówkami a oddziałami rządowymi. 

Z racji tego, iż Nigeria jest poważnym eksporterem ropy (i to ona stanowi kluczowe źródło dochodów państwa) nie dziwi, iż liczba ataków bojowników na ośrodki wydobywcze wzrosła o 1/3 w porównaniu do 2007 roku (w 2008 doszło do 92 zbrojnych incydentów). Odbiło się to na wydobyciu ropy, które spadło z 2.6 milionów baryłek dziennie (2006) do 1.6 miliona (marzec 2009). Niestabilna sytuacja najbardziej dotknęła największe konsorcjum działające w Nigerii, czyli Shell’a. Do roku 2004 (kraj był jeszcze wtedy względnie stabilny) przedsiębiorstwo wydobywało około miliona baryłek dziennie – obecnie wynosi to 300 tysięcy. Poza tym, państwowy budżet stracił, w samym 2008 r., 28 miliardów dolarów (kradzież, korupcja, akcje sabotażowe), a w skutek działań zbrojnych życie straciło około 1000 obywateli. 

Sytuacja wyraźnie skomplikowała się w połowie zeszłego roku, kiedy to konflikt zaczął wychodzić „poza ląd”. 19 lipca 2008 r. miał miejsce spektakularny atak bojowników na Bonga, ośrodek wydobywczy zakotwiczony 120 km od nigeryjskiego wybrzeża. W prawdzie rebelianci nie zdołali opanować, czy wyrządzić jakieś większe szkody, ale pokazali, iż są w stanie dokonywać zbrojnych wypadów daleko od lądu. Sytuacja ta zmusza do liczenia się z udaną tego typu akcją w przyszłości. 

Od tego zdarzenia obserwowano eskalację konfliktu również na lądzie. Coraz częściej dochodziło do krwawych starć między rebelianckimi milicjami, a Połączonymi Siłami Zbrojnymi (Joint Task Force). Toczyły się one głównie w rejonach wsi Soku, Kula i Tombia, a były konsekwencją rządowego pościgu za przywódcą Ruchu Wyzwolenia Delty Nigru (Movement for the Emancipation of the Niger Delta) – Farahem Dagogo. W odpowiedzi zadeklarował on (Dagogo) rozpoczęcie „wojny o ropę” przeciwko międzynarodowym konsorcjom. Doprowadziło to do eskalacji spirali przemocy i śmierci wielu niewinnych ludzi. Dlatego też Dagogo zapowiedział jednostronne zawieszenie broni, które trwało do  stycznia 2009 roku, kiedy to wojska rządowe zaatakowały obóz jednego z miejscowych watażków. 

Od 2009 r. obserwuje się dalsze rozszerzanie się konfliktu. Operacje militarne, toczone dotąd na lądzie i sporadycznie na wodzie, zostały również przeprowadzane przy pomocy sił powietrznych. W lutym br. JTF dokonywało bombardowań obozów rebeliantów, z kolei ci po raz pierwszy przeprowadzili atak na cywilny helikopter (skończyło się na jednej osobie rannej i awaryjnym lądowaniu). Z racji tego, iż dla międzynarodowych biznesmenów podróż po Nigerii głównie przebiegała za pomocą helikopterów w obecnej sytuacji wydaje się być ona niebezpieczną formą przemieszczania się. 

Sytuacja w Nigerii może odbić się niekorzystnie na bezpieczeństwie energetycznym Unii Europejskiej. Ruchu Wyzwolenia Delty Nigru nie raz groził akcjami sabotażowymi wymierzonymi przeciwko wielomiliardowym planom budowy rurociągu z Nigerii, przez Saharę, do Europy. Sam Ruch, w wewnątrzpaństwowej debacie, oskarżany jest o siedlisko kryminalistów i zbrodniarzy, którzy szukają w nim azylu przed legitymizowanymi władzami Abudży. Jego członkowie starają się dementować te oskarżenia i powtarzają, że ich walka wymierzona jest nie przeciwko rządowi Yar’Adua, a międzynarodowym korporacjom, które drążą państwo z ropy i innych bogactw naturalnych. 

Jednak niestabilna sytuacja wewnątrz kraju tworzy idealny grunt pod działalność zorganizowanej przestępczości czy piractwa morskiego. Wygląda na to, że Zatoka Gwinejska zajmuje drugą, niechlubną, pozycję pod względem obszarów najbardziej narażonych na działalność morskich gangsterów. Według Międzynarodowego Biura Morskiego (International Maritime Bureau) w samym 2008 roku doszło do 40 ataków piratów: w 27 przypadkach kończyło się tylko na abordażu, a 5 statków zostało uprowadzonych. W samym styczniu 2009 zanotowano 10 incydentów, m.in. ostrzał tankowca transportującego 4 tysiące ton ropy (piraci dodatkowo wysadzili jego silnik w powietrze, co mogło skończyć się regionalną katastrofą ekologiczną). 

W rankingu Foreing Policy, Nigeria w 2008 roku zajęła 18 miejsce wśród państw upadłych. Sytuacja może doprowadzić do tego, iż w następnym rankingu jej pozycja ulegnie jeszcze większe deprecjacji, a co gorsza – konflikt może coraz bardziej przenieść się na kraje ościenne. To z kolei, doprowadziłoby do jeszcze większej destabilizacji, która niczym rak – może zacząć trawić kolejne państwa regionu. Wydaje się, iż Yar’Adua prędzej czy później będzie musiał skutecznie porozumieć się z rebeliantami – długotrwały impas na pewno nie przedłoży się na polepszenie sytuacji.





A-terroryzm? Dlaczego “nie”?

12 05 2009

Wraz z poszerzaniem się „klubu atomowego” wzrastała, na przełomie lat 60. i 70. XX wieku, obawa użycia broni jądrowej przez zorganizowane grupy terrorystyczne. Przeświadczenie to wynikało z analizy działań terrorystów, którzy szukali coraz bardziej wysublimowanych sposobów (porwania samolotów, okupacja ambasad, zamachy bombowe) dla prowadzenia swoich „wyzwoleńczych krucjat”. Jednak groźba terroryzmu nuklearnego w tym czasie nie stanowiła tak naprawdę zagrożenia, ponieważ użycie broni masowego rażenia (BMR) – biologicznej, chemicznej, radiologicznej czy atomowej, było  nieopłacalne i poza możliwościami organizacyjno-logistycznymi tych ugrupowań.

 Szok, jaki wywołał samobójczy atak na bliźniacze wieże World Trade Center spowodował, iż międzynarodowy terroryzm stał się priorytetowym zagrożeniem dla państw świata Zachodu, co skutecznie argumentowała administracja prezydenta G.W. Busha. Wraz z 9/11 zaczęło powstawać wiele analiz wieszczących odrodzenie się (a w zasadzie narodzenie) terroryzmu nuklearnego, teraz określanego jako – superterroryzm.  

Sama wizja użycia przez niepaństwowych aktorów ładunku niekonwencjonalnego budzi wiele kontrowersji oraz spekulacji dotyczących oddziaływania takiego ataku na środowisko wewnętrzne (podmiot zaatakowany), jak i zewnętrzne (podmioty ościenne).

Z pewnością atak terrorystyczny, przy użyciu niekonwencjonalnych ładunków (czy to nuklearnych czy innych) będzie charakteryzował się dużym oddziaływaniem psychologicznym, szczególnie jeśli  będzie on udany. Dla społeczeństw wiązać się może z wybuchem paniki, obawą o własne przetrwanie i swój dobytek. Z kolei dla rządów państw będzie prowadzić do utraty zaufania i legitymizacji społecznej. Na dodatek fizyczny atak na dany podmiot mógłby psychologicznie oddziaływać na kraje ościenne. Asymetryczni uczestnicy stosunków międzynarodowych, mogą również być motywowani tym, iż skala następstw ekonomicznych takich działań będzie miała ogromny wpływ na gospodarkę atakowanego państwa.  Uderzenie w ważne ośrodki przemysłowe nadwyrężyłoby poważnie centralne finanse, zatrzymałoby produkcję czy generowałoby dodatkowe szkody. Z kolei przeprowadzenie niekonwencjonalnego ataku na słabo rozwinięte państwo, utrzymujące się głównie z rolnictwa, może doprowadziłoby je na skraj upadku.

Listę potencjalnych konsekwencji można mnożyć w nieskończoność, dlatego należy szczególnie podkreślić, iż terrorystyczny atak atomowy prowadziłby do destabilizacji zarówno na poziomie krajowym, jak i regionalnym (a w radykalnej formie globalnym, jeżeli dotyczyłoby to np. Stanów Zjednoczonych, Francji czy Rosji).

Grupa, która przeprowadziłaby skutecznie tego typu akcję mogłaby poszczycić się wzrostem własnego statusu i prestiżu na arenie międzynarodowej, jednak osiągnięcie sukcesu na tym polu wiąże się z wieloma przeszkodami, które pomimo upływu lat nadal stanowią skuteczną przeszkodę przy realizacji atomowego ataku na suwerenne państwo.

Niewątpliwą przeszkodą dla przeprowadzenia skutecznego ataku jądrowego jest bariera technologiczno – organizacyjna takiego przedsięwzięcia. Każda grupa terrorystyczna chcąca przeprowadzić nuklearne uderzenie jest w stanie dokonać tego, wyłącznie przy pomocy wzbogaconego uranu (highly enriched uranium, U-235) – nie jest to jednak możliwe przy udziale plutonu, w którym konieczne jest szybkie osiągnięcie masy krytycznej dzięki implozji (podciśnienia). Ten warunek jest oczywiście w stanie spełnić państwo narodowe. Poza tym groźba napromieniowania jest dużo większa ze strony plutonu, aniżeli uranu – z kolei ten drugi jest dużo powszechniejszy w przyrodzie niż pierwszy. Zatem, jeżeli terroryści planowaliby atak nuklearny to sięgnęliby raczej po uran, aniżeli pluton.

„Chałupnicza” konstrukcja broni atomowej przekreśla możliwość jej transportu na znaczne odległości oraz w dużej mierze utrudnia możliwość obliczenia jej mocy. Co do jednego można być pewnym, że siła takiej bomby na pewno byłaby porównywalna z tą zrzuconą na Hiroszimę.   Poza tym dużo łatwiej jest wwieźć do państwa docelowego poszczególne komponenty bomby, niż transportować ją do celu. Z racji tego, iż U-235 można przenosić bez ryzyka napromieniowania, ułatwia to przekroczenie granicy z tym właśnie pierwiastkiem.

Skonstruowanie prowizorycznego urządzenia nuklearnego (IND – Improvised Nuclear Devise) musiałoby opierać się na najprostszych, niezapewniających bezpieczeństwa samym wytwórcom, rozwiązaniach technicznych. Ze względu na specjalistyczną wiedzę, pokaźne nakłady finansowe oraz wymagania sprzętowe – skonstruowanie takiego urządzenia obecnie wydaje się być poza zasięgiem grup terrorystycznych, czy innych podmiotów pozapaństwowych, jak np. zorganizowane grupy przestępcze. Zakładając prawdopodobieństwo spełnienia powyższych warunków, pozostaje kwestia zdobycia odpowiedniej ilości materiałów rozszczepialnych niezbędnych do budowy IND.

Oprócz sporządzenia własnej konstrukcji aktorzy niepaństwowi mogą wejść w posiadanie urządzenia nuklearnego na trzy sposoby: przekazanie gotowej broni przez państwo, kradzież lub zakup w drodze nielegalnej transakcji.

Pierwsza z możliwości budzi największe obawy, ale też jest najmniej prawdopodobna. Nie można jednak wykluczyć, iż jakieś państwo – proliferator, zechce wykorzystać dane ugrupowanie do przeprowadzenia ataku nuklearnego w innym kraju. Z racji, iż liczba podmiotów dysponujących odpowiednią technologią (8 lub 9) nadal pozostaje niewielka, nietrudno byłoby ustalić kto udostępnił danej grupie broń nuklearną. Transfer tego typu, a w konsekwencji atak jądrowy, wiązałby się z wieloma reperkusjami dla prolifatora.

Oprócz międzynarodowego ostracyzmu musiałby liczyć się z interwencją militarną państwa zaatakowanego i jego sojuszników. Poza tym państwo-sponsor nie mógłby wykluczyć tego, iż obdarowana przez niego grupa nie użyłaby broni na jego terytorium lub nie posłużyłaby się atomowym szantażem celem uzyskania politycznych ustępstw. Obecnie, jako potencjalnych prolifatorów wskazuje się Koreę PN. oraz, niestabilny politycznie, Pakistan. Mimo to zagrożenie wynikające z przekazania gotowej broni przez suwerenny podmiot wydaje się mało prawdopodobne.

Pozostałe możliwości, kradzież czy nielegalny zakup, jak dotąd nie wydają się być zagrożeniem. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej w latach 1993 – 2004 zarejestrowała 662 przypadki przemytu lub nielegalnej sprzedaży materiałów nuklearnych lub radiologicznych (większość pochodziła z ZSRR). Z czego tylko 18 z nich nadawało się do produkcji broni, przy czym ilość komponentów nie była wystarczająca do skonstruowania nawet IND. Wątpliwości, co do nielegalnej proliferacji radzieckich arsenałów jądrowych, łagodzi też fakt, iż każda głowica posiada własny, indywidualny i trudny do obejścia system zabezpieczeń. Dlatego uważa się, iż dostęp do broni jądrowej na czarnym rynku jak na razie jest zamknięty. 

Jeżeli chodzi o praktykę, to jedynym podmiotem niepaństwowym, który może się poszczycić sukcesami w dziedzinie zbrojeń niekonwencjonalnych była japońska sekta „Najwyższej Prawdy” (Aum Shinrikyo), która jako jedyna użyła w trakcie zamachów terrorystycznych broni masowego rażenia.  Sekta rozwijała również program biologiczny (próbowano uzyskać m.in. zarazki wąglika) i nuklearny, z czego ten ostatni okazał się kompletną porażką. Grupa niedługo po tym ataku została rozbita przez japońskie służby bezpieczeństwa, jednak obiektywnie rzecz ujmując – nakłady finansowe poniesione przez „Najwyższą Prawdę” nie miały proporcjonalnego odbicia na zagrożeniu jakie udało się jej stworzyć.

Organizacja, która przeprowadziła zamachy z września 2001 roku – Al Kaida, której program teoretycznie powinien zakładać zdobycie BMR i jej wykorzystanie, na tym polu pozostała względnie bierna. Być może była zainteresowana pozyskaniem tego typu broni, jednak nie wykazała dostatecznej inicjatywy.  Taka postawa mogla wynikać z faktu, iż środki konwencjonalne – odpowiedni zmodyfikowane, a właściwie użyte – potrafią zabijać efektownie i masowo, a do tego nie stwarzają zagrożenia dla samych terrorystów. Z kolei broń atomowa przysparza problemy natury technologiczno – organizacyjnej, a także moralnej i politycznej.  Na korzyść BMR przemawia czynnik psychologiczny i straty materialne, które niesie ze sobą jej użycie.

Jednak nie można wykluczać, iż odpowiednio zmotywowana organizacja czy grupa, dysponująca wystarczającymi środkami finansowymi i posiadająca zaplecze technologiczno – logistyczne będzie się starała uzyskać dostęp do broni jądrowej, czy innej niekonwencjonalnej. Osiągnięcie tego celu nie musi oznaczać detonacji ładunku – efektywniej będzie służył jako narzędzie nacisku i szantażu w stosunku do legalnego rządu czy grupy państw.

Niektóre fragmenty artykułu pochodzą z referatu naukowego wygłoszonego podczasAkademickiego Forum Bezpieczeństwa w Toruniu.