Amerykanie dozbrajali Somalię

1 11 2009

Maj 2009 był niezwykle gorącym miesiącem w Somalii. W wyniku działalności wywrotowej dwóch organizacji paramilitarnych (al-Shabab i Hizbul Islam) Tymczasowy Rząd Federalny (Transitional Federal Government – TFG) stracił kontrolę nad większością państwa. W zasadzie, tylko centrum Mogadiszu znajdowało się w strefie wpływów legalnej władzy, zaś reszta miasta należała do działających w opozycji milicji i bojówek. W wyniku realnej groźby rozpadu państwa i całkowitej anihilacji legalnych władz, rząd USA postanowił wesprzeć TFG poprzez dostawy broni i transfer gotówki.

Amerykanie drogą morską dostarczyli Somalijczykom 19 ton amunicji, 48 granatników, 36 karabinów szturmowych PKM, 12 karabinów przeciwlotniczych DShK oraz 10 moździerzy. Sama dostawa przerwała, trwające 17 lat, embargo na broń, które zostało nałożone na kraj przez ONZ. Oprócz broni, USA przekazało rządowi 2 miliony dolarów, które miały zostać wydatkowane na dozbrojenie legalnych wojsk oraz pomoc humanitarną dla obywateli. Domniemywa się, że Amerykanie przekazali TFG część funduszy (od 900 tysięcy do 1.25 miliona dolarów) poza oficjalnymi rejestrami. Pieniądze miały najpierw trafić do stolicy Kenii, Nairobi, a dopiero potem do rządu w Mogadiszu.

Dozbrajanie TFG było jednym z pierwszych kroków, jakie podjęła administracja Baracka Obamy względem Somalii. Działanie to jest wynikiem nowej polityki przeciwterrorystycznej prowadzonej przez urzędującego prezydenta.

Somalia znajdująca się prawie od dwudziestu lat w stanie permanentnego konfliktu zbrojnego, uważana jest za jedno z najmniej stabilnych i bezpiecznych państw świata. 2.5 miliona mieszkańców żyje bez dachu nad głową, 500 tysięcy wiedzie żywot uchodźców rozproszonych po terytorium całego kraju, a kolejne 1.5 miliona egzystuje w obozach rozmieszczonych wewnątrz państwa.

W takich warunkach, skrajnie islamistyczne ugrupowania pokroju al-Shabab znajdują podatny grunt dla głoszenia swoich antyamerykańskich i antyrządowych poglądów, co prowadzi do pogłębiania się wewnątrzpaństwowego kryzysu. Poza tym, Amerykanie podejrzewają, iż al-Shabab współpracuję z al-Kaidą (głównie na płaszczyźnie szkoleń i wymiany informacji wywiadowczych).

Analiza sytuacji Tymczasowego Rządu Federalnego nakazuje stwierdzić, że gdyby nie amerykańska pomoc, zostałby on zbrojnie obalony przez paramilitarne bojówki, które na przełomie maja i czerwca przeprowadzały skoordynowane i sukcesywne ofensywy na wojska rządowe. USA, poprzez pomoc, chciało podkreślić swą ufność w sens istnienia TFG (wymiar symboliczny) oraz zahamować wzrost siły al-Shabab i Hizbul Islam (wymiar taktyczny).

Jednak już na początku sierpnia 2009, pojawiły się wątpliwości co do skuteczności pomocy dla TFG. Dostarczona drogą morską broń, miała stać się towarem na somalijskim rynku broni, gdzie np. ceny AK-47 wahają się od 100 do 600 dolarów, w zależności od nasilenia walk w Mogadiszu. Być może w maju, gdy sytuacja TFG była dramatyczna, wykorzystywano broń do aktualnych działań legalnego rządu, jednak w miarę uspokajania się sytuacji, część z dostarczonego uzbrojenia nie była, akurat, potrzebna i pojawiła się możliwość jego sprzedaży. Warto podkreślić, że handel bronią w Somalii to jedna z bardziej lukratywnych, i prostych, form zarabiania pieniędzy.

Jak zostało już wspomniane, somalijski handel bronią ograniczony był międzynarodowym embargiem. W tej sytuacji, jego rozwój stymulowany był pozytywnie masowe poprzez dezercje  wśród, których powszechnym było, poza opuszczaniem służby w wojsku, zabieranie ze sobą mundurów i uzbrojenia. Tylko w 2008 r. z armii zdezerterowało od 14 do 17 tysięcy żołnierzy.

Wydaje się, iż majowa dostawa broni dla Somalii nie była jednorazowym przypadkiem. Prawdopodobnie administracja Baracka Obamy będzie chciała mocniej zaintonować swoje zaangażowanie w Rogu Afryki, co również zostało potwierdzone w trakcie wizyty amerykańskiej sekretarz stanu – Hilary Clinton, która powtórzyła, iż pomoc dla TFG będzie kontynuowana. Prawdopodobnie Amerykanie upatrują pewnych nadziei w nowym, bo wybranym wiosną 2009 r., prezydencie Somalii – Sharifowi Ahmedowi, który cieszy się dużym poparciem obywateli. Przemawia za nim również fakt, iż jako kandydat na prezydenta cieszył się poparciem wszystkich ważniejszych somalijskich klanów. Być może nowy prezydent zdoła poskładać kraj w całość, czego jednak na pewno nie osiągnie bez pomocy z zewnątrz.





Islamski Irak – nowe wyzwanie

31 10 2009

Końcówka października udowodniła, po raz kolejny, że Irak jeszcze długo nie będzie krajem wewnętrznie stabilnym i bezpiecznym dla jego mieszkańców. 25 października przeprowadzono w Bagdadzie, zakrojony na szeroką skalę i bardzo dobrze skoordynowany, atak terrorystyczny przy użyciu samochodów pułapek, z ang. Vehicle-borne improvised explosive devices (VBIEDs). Celem ów operacji były budynki należące do ministerstwa sprawiedliwości oraz prowincjonalnego zgromadzenia, które sąsiadowało obok ministerstwa.

Zamach przeprowadzono dokładnie o godzinie 10:30, czasu lokalnego, na gęsto zaludnionym obszarze miasta. Przełożyło się to na 150 ofiar śmiertelnych i ponad pół tysiąca rannych. Tym samym, był to największy atak terrorystyczny od dwóch lat, kiedy to w kwietniu 2007 r., w wyniku operacji przeciwko osiedlom szyitów, zginęło 180 osób.

Podobną operację, do tej z 25.10, przeprowadzono już w sierpniu 2009 r., kiedy to celem zamachowców-samobójców była detonacja VBIEDs przed budynkami ministerstwa spraw zagranicznych i finansów, które znajdują się w tej samej dzielnicy, co ministerstwo sprawiedliwości. Również godzina przeprowadzenia operacji była podobna (około dziesiątej rano), jednak skala ofiar była o połowę mniejsza – 95 zabitych.

Dzień po październikowej tragedii, organizacja terrorystyczna – Islamski Irak (Islamic State of Iraq – ISI) przyznała się do przeprowadzenia ataków, również tego z sierpnia,  na rządowe budynki. Ocenia się, iż grupa ta, będzie chciała przy pomocy samobójczych zamachów wpłynąć na zbliżające się wybory parlamentarne w Iraku (styczeń 2010 r.).

Sprawę komplikuje fakt, iż Islamski Irak nie jest pojedynczym podmiotem, a koalicją niepaństwowych aktorów o skrajnie fundamentalistycznym programie, w który mocno zaangażowana jest również Al-Kaida. Wysiłki owej organizacji nakierowane są na wewnętrzną sytuację państwa, aniżeli działalność międzynarodową. Dzięki poparciu z zewnątrz, udzielonym przez egipskiego przywódcę Al-Kaidy – Abu al-Masri’ego, Islamski Irak będzie dążył do umocnienia swych relacji z sunnickimi przywódcami oraz rozbudowanie sieci wpływów na terenach kontrolowanych przez tą sektę.  Jednak wielu lokalnych liderów stara się ograniczać działalność ISI, czego skutkiem jest zmniejszenie się liczby zamachów terrorystycznych. Sunnickie kręgi religijne postrzegają koalicję bardziej jako narzędzie nacisków w negocjacjach z Kurdami i szyitami, aniżeli równorzędnych partnerów, z którymi mogliby współpracować.

Wprawdzie prowadzona przez Amerykanów, w ostatnich latach, walka przeciwko ISI poważnie nadwyrężyła strukturę organizacji (wielu jej przywódców musiało wyemigrować do Afganistanu i Pakistanu), to obecnie następuje ożywienie w jej szeregach i powolne umacnianie pozycji. Dowodem tego są wspomniane już ataki z sierpnia i października, które udowodniły, że ISI posiada środki i skuteczne sposoby dla przeprowadzania podobnych zamachów w przyszłości.

Taktyczna analiza ataku z 25 października nakazuje stwierdzić, iż Islamski Irak, jako kombinat wielu ugrupowań, posiada niespotykane dotąd możliwości projektowania uderzeń na budynki rządowe i wojska koalicji. W zamachu wykorzystano dwa pojazdy, które zawierały 680 i 1000 kg materiałów wybuchowych. Są to naprawdę imponujące wielkości, które dowodzą, iż ISI nie ma żadnych problemów z pozyskiwaniem materiałów potrzebnych do przeprowadzania akcji wywrotowych. Poza tym, organizacja musi posiadać, dobrze ukrywane i działające w pełnej konspiracji, manufaktury, w których przygotowuje pojazdy (warsztaty, magazyny) i wytwarza ładunki wybuchowe (prawdopodobnie ulokowane w prywatnych posesjach).

Warto też odnotować, iż oba ładunki zadziałały perfekcyjnie. Wcześniej, zdarzały się przypadki, w których nie dochodziło do detonacji z powodów wad konstrukcyjnych albo materiał wybuchowy częściowo nie eksplodował. W tym przypadku konstruktor bomb wykazał się bogatą, fachową wiedzą. 25 października zrodził dwa podstawowe pytania: skąd terroryści pozyskują materiały oraz kto konstruuje ładunki wybuchowe. Odpowiedź na drugie pytanie nasuwa się sama. Otóż, wielu członków ISI to prawdziwi weterani, którzy działając w różnych organizacjach, przeprowadzali zamachy od początku amerykańskiej inwazji z 2003 r. Teraz, kiedy mniejsze grupy podjęły ze sobą współpracę, jest im łatwiej pozyskiwać osoby odpowiedzialne za tworzenie skutecznych materiałów wybuchowych.

Podaje się, że do październikowych zamachów użyto dwóch busów, które musiały być na tyle nowe, żeby nie wzbudzać podejrzeń wewnątrz rządowej dzielnicy, która cieszy się wyższym standardem od pozostałych dystryktów. Jeżeli ISI nadal będzie przeprowadzać ataki o tak dużej sile ognia, to na pewno nie „przesiądzie się” na mniejsze samochody, typu sedan. To z kolei będzie wyznacznikiem dla irackich sił bezpieczeństwa, które od tej pory dużo uważniej będą kontrolowały busy i inne pojazdy, mogące przewieźć od pół do tony materiałów wybuchowych. Doświadczenie jednak pokazuje, że iraccy islamiści nie przywiązują się do typów pojazdów, których używają do zamachów – zdarzały się przypadki, w których ładunki umieszczano na bagażnikach rowerów i motocykli.

Jak na razie nie znane jest pochodzenie materiałów wykorzystanych do ostatnich ataków, jednak domniemywa się, iż bomby zostały skonstruowane poza granicami miasta. Następnie przeszmuglowano je do Bagdadu, wykorzystując do tego całą konspiracyjną sieć organizacji. Niektórzy iraccy politycy sugerują, że przeprowadzenie, tak dużej, akcji wymagało współpracy z irackimi służbami bezpieczeństwa, które pozwoliły wprowadzić ładunki na teren miasta i nie dopuściły do ich wykrycia.

Można też założyć, iż ISI nie potrzebowała pomocy ze strony irackich służb bezpieczeństwa. Ładunki mogły być konstruowane na miejscu – w Bagdadzie, a tylko materiały do ich wytworzenia sprowadzono z zewnątrz i partiami. Jeżeli tak wyglądało przygotowanie akcji, to jednocześnie tworzy obraz sieci informatorów i zwolenników wśród cywili, którzy popierają działania Islamskiego Iraku. Jeżeli sieć operacyjna organizacji nie jest ugruntowana wewnątrz politycznych struktur stolicy państwa, tylko opiera się na poparciu mieszkańców miasta to problem nabiera nowego, dużo głębszego wymiaru. Dużo trudniej jest wygrać z mentalnością i przekonaniami prostych Irakijczyków, aniżeli z politycznymi decydentami.

Sierpniowy i październikowy atak ISI powinny być odebrane jako pewne sygnały, wysyłane przez organizację dla rządzących Irakiem, czy to Amerykanów czy Irakijczyków. Po pierwsze, Islamski Irak będzie próbował kreować podziały na linii sunnici-szyici-Kurdowie. Jeżeli doszłoby do trwałego porozumienia tych trzech grup, ISI straciłoby przestrzeń operacyjną, którą obecnie uzyskują od sunnickich przywódców religijnych. Po drugie, trwałe porozumienie, w obrębie wspomnianego trójkąta polityczno-religijnego, zagrozi idei ISI, którą jest ustanowienie sunnickiego kalifatu w Iraku. Istnienie tej organizacji opiera się na, wciąż pogłębiającym się, wewnętrznym chaosie w państwie, który ma wykreować sytuację, w której ISI będzie mogło ustanowić fundamentalistyczne rządy, na wzór afgańskich Talibów.

 





Rosyjska gra irańską kartą

9 09 2009

Chociaż energią atomową Iran interesuje się od połowy lat 50.XX wieku, to wrzawa wokół jego programu nuklearnego trwa od czasów, gdy Mahmud Ahmadineżad został prezydentem w 2005 r. i zaczął wygrażać atomem Izraelowi, którego chce wymazać z mapy Bliskiego Wschodu. Jednym z najważniejszych motywów Iranu przy rozwijaniu technologii atomowej jest uzyskanie statusu mocarstwa nuklearnego w regionie. Dążenie to jest wypadkową zarówno czynników obiektywnych (położenie geopolityczne), jak i subiektywnych (ideologia, względy historyczne).

W zeszłym tygodniu, za sprawą USA, odbyło się spotkanie dyplomatów z sześciu państw (USA, Chin, Francji, Rosji, Wielkiej Brytanii i Niemiec), których głównym zadaniem ma być ustalenie wspólnej polityki w sprawie, coraz bardziej nuklearnego, Iranu.  Inicjatywa ma być odpowiedzią, na jeszcze nie dostarczoną przez Teheran propozycję zmiany swojego podejścia do programu atomowego.

Amerykanie budują swoją strategię względem reżimu Ahmadineżada na założeniu, iż Federacja Rosyjska będzie ich kluczowym sojusznikiem w tej grze.  I w zasadzie jest to uzasadniony wniosek, ponieważ Rosja jest strategicznym partnerem handlowym Iranu (główny dostawca uzbrojenia), a także najważniejszym dostawcą technologii niezbędnej do rozwoju programu atomowego muzułmańskiej republiki. Jednak pojawia się zagrożenie, iż amerykańska strategia ma jedną i poważną wadę – Rosjanie mogą w tej sprawie grać na dwa fronty, w zasadzie nie pierwszy raz.

Federacja, gdy następuje taka potrzeba, zajmuje się ochroną irańskich interesów na płaszczyźnie ONZ. Rosja głosowała wprawdzie za rezolucjami nakładającymi sankcje na islamską republikę (2006-2008) ale to dzięki niej złagodzono ich zakres. Kary były wycelowane w program wzbogacania uranu, który potem mógłby posłuż do produkcji głowic jądrowych. Procesu nie udało się zahamować na tyle, ażeby republika nie zdołała wyprodukować wystarczającej ilości zubożonego pierwiastka, który potem może być przekonwertowany na U-235. Krótko mówiąc, w prowincji Natanz, gdzie znajduje się jeden z ważniejszych ośrodków atomowych państwa, wirówki pracują pełną parą.

Gdy w 2002 r. ujawniono, dotąd utrzymywany w ścisłej tajemnicy, irański program wzbogacania uranu postawa Rosji była dość sceptyczna i na pewno nie aprobująca pomysł sam w sobie. Dla Federacji wygodnie jest wykorzystywać przedmiotowo irańskie dążenia do nuklearnej potęgi, ponieważ w ten sposób łatwiej jest oddziaływać na zachodnich „sojuszników”. Gra Moskwy opiera się na czterech  głównych założeniach.

Po pierwsze, Federacja może być jednym z głównych beneficjentów konfliktu zbrojnego, w którym weźmie udział Iran, czy to z Izraelem czy z koalicją państw NATO. Będzie to wynikało nie tylko z dostarczania technologii potrzebnej do rozwijania programu nuklearnego, w takim wypadku już militarnego, a nie cywilnego, ale też z faktu powiązań w sferze handlu bronią, które dzisiaj szacowane są na pokaźne ilości dolarów. Tylko w 2007 r. oba państwa dokonały transakcji na kwotę miliarda USD za rosyjski system obrony przeciwlotniczej S-300V (inaczej SA-12), który w razie izraelskiej ofensywy lotniczej na irańskie instalacje atomowe stanowiłby największe zagrożenie dla samolotów IDF. Inną sprawą jest kwestia wzrostu cen surowców energetycznych – Iran jest światowym eksporterem gazu, dlatego nie zawahałby się przed podwyżkami, co prawdopodobnie uczyniłaby również Rosja.

Po drugie, stosunki międzynarodowe utrzymujące się w regionie pozwalają grać Rosji pierwsze skrzypce. W prawdzie jej wpływy w Egipcie, Libii i Syrii po 1989 r. zanikły, ale to dzięki koneksjom gospodarczym udało jej się wypracować polityczną nić porozumienia z Iranem, który obecnie plasuje się w czołówce najważniejszych państw Bliskiego Wschodu. Polityczna ważność Rosji została potwierdzona zaproszeniem do grupy, wspomnianych na początku, sześciu państw – the Group of Six.

Po trzecie, administracja Baracka Obamy wysyła dość wyraźne sygnały, że chce dogadać się pokojowo z Ahmadineżadem, czego najlepszym wyrazem jest dość zimne traktowanie swojego strategicznego sojusznika w regionie – Izraela. Ten fakt pozwala Rosji czuć się wyjątkowym, bo przecież ich relacje z Iranem są bardzo dobre. Dzięki takiemu układowi Rosjanie będą mogli żądać od Amerykanów ustępstw w kluczowych dla siebie sprawach w zamian za dyplomatyczną pomoc w stosunkach z islamską republiką – np. jeżeli chodzi o kwestie rozmieszczenia w Polsce i Czechach tarczy antyrakietowej.

Ostatni czynnik może wydawać się dość infantylny, ale jeżeli Rosja będzie chciała to po prostu zrobi Stanom Zjednoczonym na złość i odmówi rzetelnej współpracy. Pomimo zakończenia zimnej wojny, upadku żelaznej kurtyny itd. oczywistym jest, że rosyjskich włodarzy ciągle boli, że to nie ich państwo jest supermocarstwem. Na pewno nie uszły ich uwadze słowa wiceprezydenta USA – Josepha Biden’a, który wyraźnie zaakcentował słabości dawnego „imperium strachu”.

Irańska G-6 może odnieść sukces tylko pod dwoma warunkami. Ich wysiłki będą nastawione na osiąganie konkretnych rezultatów oraz Rosja nie będzie próbowała prowadzić własnej, nakierowanej na partykularne interesy i zachcianki, politycznej gry. Dlatego ważnym też jest, żeby Stany Zjednoczone, bo to one przewodzą całej idei i od nich zależy równie dużo jak od Federacji, potrafiły udowodnić rosyjskim kołom rządzącym, że gra jest warta świeczki.