Wydaje się, że wraz z zakończeniem procesu dekolonizacyjnego (pomijam fakt zjawiska w postaci “neo”), Afryka stała się swoistą ziemią niczyją (terra nullis). Morze potrzeb, jakie są do zaspokojenia na tym kontynencie, w opinii euroatlantyckiej odzwierciedlone jest jedynie w paru kroplach euro-dolarów, czasem jacyś Francuzi będą starali się kogoś stabilizować etc. Czarny ląd pogrąża sam siebie w ogniu konfliktów i bratobójczych walk.
Według najnowszego raportu The Fund for Peace, aż 7 z 10 tzw. “państw upadłych” znajduje się właśnie w Afryce. Są to: Somalia, Sudan, Zimbabwe, Czad, DR Kongo, Wybrzeże Kości Słoniowej i Republika Środkowoafrykańska. Jest to pierwsza, “niechlubna” dziesiątka, ale w pierwszej dwudziestce umieszczono również inne państwa z kontynentu, mianowicie: Nigerię, Etiopię i Ugandę.
Dysfunkcje występujące w powyższych państwach oddziałują również na ich otoczenie, co przejawia się na destabilizację dużo większych obszarów niż tylko ww.
Warto również odnotować, że afrykańskie PKB to w 60% rolnictwo, z kolei tylko 6% gruntów na kontynencie nadaje się do sensownej uprawy, a 75% z tych 6% jest w posiadaniu RPA. Problemów można wyliczać bez końca, jednym z najważniejszych jest deficyt czystej wody. Afryka w związku z tym, rocznie traci 5% swojego PKB – a wskaźnik ten ciągle rośnie. Statystyki donoszą też, że co 3 sek. w Afryce umiera człowiek z braku wody. Obraz rysuje się sam.
Tym oto wpisem, chciałbym rozpocząć sezon wakacyjne – mam nadzieję, że bedzie bardziej urodzajny niż ostatnie miesiące. Skorowaciałość stylu proszę wybaczyć długim zastaniem.
