Rosyjska gra irańską kartą

9 09 2009

Chociaż energią atomową Iran interesuje się od połowy lat 50.XX wieku, to wrzawa wokół jego programu nuklearnego trwa od czasów, gdy Mahmud Ahmadineżad został prezydentem w 2005 r. i zaczął wygrażać atomem Izraelowi, którego chce wymazać z mapy Bliskiego Wschodu. Jednym z najważniejszych motywów Iranu przy rozwijaniu technologii atomowej jest uzyskanie statusu mocarstwa nuklearnego w regionie. Dążenie to jest wypadkową zarówno czynników obiektywnych (położenie geopolityczne), jak i subiektywnych (ideologia, względy historyczne).

W zeszłym tygodniu, za sprawą USA, odbyło się spotkanie dyplomatów z sześciu państw (USA, Chin, Francji, Rosji, Wielkiej Brytanii i Niemiec), których głównym zadaniem ma być ustalenie wspólnej polityki w sprawie, coraz bardziej nuklearnego, Iranu.  Inicjatywa ma być odpowiedzią, na jeszcze nie dostarczoną przez Teheran propozycję zmiany swojego podejścia do programu atomowego.

Amerykanie budują swoją strategię względem reżimu Ahmadineżada na założeniu, iż Federacja Rosyjska będzie ich kluczowym sojusznikiem w tej grze.  I w zasadzie jest to uzasadniony wniosek, ponieważ Rosja jest strategicznym partnerem handlowym Iranu (główny dostawca uzbrojenia), a także najważniejszym dostawcą technologii niezbędnej do rozwoju programu atomowego muzułmańskiej republiki. Jednak pojawia się zagrożenie, iż amerykańska strategia ma jedną i poważną wadę – Rosjanie mogą w tej sprawie grać na dwa fronty, w zasadzie nie pierwszy raz.

Federacja, gdy następuje taka potrzeba, zajmuje się ochroną irańskich interesów na płaszczyźnie ONZ. Rosja głosowała wprawdzie za rezolucjami nakładającymi sankcje na islamską republikę (2006-2008) ale to dzięki niej złagodzono ich zakres. Kary były wycelowane w program wzbogacania uranu, który potem mógłby posłuż do produkcji głowic jądrowych. Procesu nie udało się zahamować na tyle, ażeby republika nie zdołała wyprodukować wystarczającej ilości zubożonego pierwiastka, który potem może być przekonwertowany na U-235. Krótko mówiąc, w prowincji Natanz, gdzie znajduje się jeden z ważniejszych ośrodków atomowych państwa, wirówki pracują pełną parą.

Gdy w 2002 r. ujawniono, dotąd utrzymywany w ścisłej tajemnicy, irański program wzbogacania uranu postawa Rosji była dość sceptyczna i na pewno nie aprobująca pomysł sam w sobie. Dla Federacji wygodnie jest wykorzystywać przedmiotowo irańskie dążenia do nuklearnej potęgi, ponieważ w ten sposób łatwiej jest oddziaływać na zachodnich „sojuszników”. Gra Moskwy opiera się na czterech  głównych założeniach.

Po pierwsze, Federacja może być jednym z głównych beneficjentów konfliktu zbrojnego, w którym weźmie udział Iran, czy to z Izraelem czy z koalicją państw NATO. Będzie to wynikało nie tylko z dostarczania technologii potrzebnej do rozwijania programu nuklearnego, w takim wypadku już militarnego, a nie cywilnego, ale też z faktu powiązań w sferze handlu bronią, które dzisiaj szacowane są na pokaźne ilości dolarów. Tylko w 2007 r. oba państwa dokonały transakcji na kwotę miliarda USD za rosyjski system obrony przeciwlotniczej S-300V (inaczej SA-12), który w razie izraelskiej ofensywy lotniczej na irańskie instalacje atomowe stanowiłby największe zagrożenie dla samolotów IDF. Inną sprawą jest kwestia wzrostu cen surowców energetycznych – Iran jest światowym eksporterem gazu, dlatego nie zawahałby się przed podwyżkami, co prawdopodobnie uczyniłaby również Rosja.

Po drugie, stosunki międzynarodowe utrzymujące się w regionie pozwalają grać Rosji pierwsze skrzypce. W prawdzie jej wpływy w Egipcie, Libii i Syrii po 1989 r. zanikły, ale to dzięki koneksjom gospodarczym udało jej się wypracować polityczną nić porozumienia z Iranem, który obecnie plasuje się w czołówce najważniejszych państw Bliskiego Wschodu. Polityczna ważność Rosji została potwierdzona zaproszeniem do grupy, wspomnianych na początku, sześciu państw – the Group of Six.

Po trzecie, administracja Baracka Obamy wysyła dość wyraźne sygnały, że chce dogadać się pokojowo z Ahmadineżadem, czego najlepszym wyrazem jest dość zimne traktowanie swojego strategicznego sojusznika w regionie – Izraela. Ten fakt pozwala Rosji czuć się wyjątkowym, bo przecież ich relacje z Iranem są bardzo dobre. Dzięki takiemu układowi Rosjanie będą mogli żądać od Amerykanów ustępstw w kluczowych dla siebie sprawach w zamian za dyplomatyczną pomoc w stosunkach z islamską republiką – np. jeżeli chodzi o kwestie rozmieszczenia w Polsce i Czechach tarczy antyrakietowej.

Ostatni czynnik może wydawać się dość infantylny, ale jeżeli Rosja będzie chciała to po prostu zrobi Stanom Zjednoczonym na złość i odmówi rzetelnej współpracy. Pomimo zakończenia zimnej wojny, upadku żelaznej kurtyny itd. oczywistym jest, że rosyjskich włodarzy ciągle boli, że to nie ich państwo jest supermocarstwem. Na pewno nie uszły ich uwadze słowa wiceprezydenta USA – Josepha Biden’a, który wyraźnie zaakcentował słabości dawnego „imperium strachu”.

Irańska G-6 może odnieść sukces tylko pod dwoma warunkami. Ich wysiłki będą nastawione na osiąganie konkretnych rezultatów oraz Rosja nie będzie próbowała prowadzić własnej, nakierowanej na partykularne interesy i zachcianki, politycznej gry. Dlatego ważnym też jest, żeby Stany Zjednoczone, bo to one przewodzą całej idei i od nich zależy równie dużo jak od Federacji, potrafiły udowodnić rosyjskim kołom rządzącym, że gra jest warta świeczki.





Perspektywa amerykańsko-etiopskiej współpracy

3 09 2009

W tzw. rogu Afryki amerykańskim celem strategicznym jest powstrzymanie międzynarodowych organizacji terrorystycznych (Al-Kaidy) przed trwałym zakorzenieniem się w Somalii i uczynieniem z niej swojego bastionu w walce z Zachodem. Na szczęście Amerykanów, Etiopia plasuje się jako naturalny sojusznik, zarówno w walce z terrorystami, jak wyprowadzeniu sąsiadującej z nią Somalii, ze stanu państwa „upadłego”.

Z racji na czynniki czysto geograficzne, to Etiopia bardziej potrzebuje Ameryki niż odwrotnie. Zamieszkująca wschodnie obrzeża Etiopii liczna mniejszość islamska zaczyna coraz bardziej ciążyć, ku Somalii czego efektem są nabierające na sile ruchy separatystyczne. Drugim poważnym problemem potencjalnego „sojusznika” USA jest nierozwiązany spór terytorialny z jego północnym sąsiadem – Erytreą, której dzisiaj, niespokojna Somalia jest na rękę, ponieważ w takiej sytuacji łatwiej jest jej walczyć o swoje postulaty.

Jednak na przeszkodzie, ku realizacji wspólnych celów, stoi postawa afrykańskiego reżimu, który od prawie dwudziestu lat, nieudolnie, próbuje wprowadzić w kraju system demokratyczny i boryka się z wieloma wewnętrznymi problemami, które nie pozwalają na zainicjowanie poważniejszej kooperacji z gigantem zza Oceanu Atlantyckiego. Wprawdzie gospodarka się rozwija, ale piętno, obalonego w 1991 r. komunistycznego ustroju, pokutuje po dziś dzień w Etiopii.

W 2005 r. odbyły się w Etiopii pluralistyczne wybory parlamentarne, w których udział wzięło wiele ugrupowań opozycyjnych, a media mogły bez skrępowania relacjonować ich przebieg. Niestety, niezadowolona z  wyniku głosowania opozycja zbojkotowała elekcję, co wywołało dość alergiczną postawę rządzących, którzy w brutalny sposób rozprawiali się z pokojowymi demonstracjami opozycjonistów. Rząd wprowadził stan wyjątkowy, który pociągnął za sobą masowe aresztowania i represje. Te wydarzenia sprawiły, że wizja demokracji w kraju została podeptana przez samych Etiopczyków.

Jednak współpraca z etiopskim rządem może napotkać na swej drodze kilka przeszkód, będących wyzwaniem dla amerykańskiej polityki zagranicznej. Po pierwsze w 2010 r. odbędą się kolejne wybory, które mogą zakończyć rządy Rewolucyjno-Demokratycznego Frontu Etiopczyków (Ethiopian People’s Revolutionary Democratic Front), któremu zarzuca się faworyzowanie jednych (Tygrów), a dyskryminowanie innych grup etnicznych zamieszkujących kraj. Za najbardziej pokrzywdzonych uważają się ludy: Oromo i Amarów. Wydaje się też być pewnym, że brutalny finał poprzednich wyborów odżyje na nowo, tuż po następnych. Dlatego wielce prawdopodobne jest, iż Etiopia stanie się bardzo niespokojnym miejscem w 2010 roku.

Drugim wyzwaniem dla owej współpracy jest nierozwiązany spór graniczny z Erytreą, w który wpisuje się islamski ruch separatystyczny w prowincji Ogaden dążący do włączenia tego terytorium w granice Somalii. Ogaden jest zarzewiem konfliktu od trzech dekad, kiedy to w latach 1977-78 oba państwa toczyły o niego wojnę. Etiopia popierana wtedy przez Związek Radziecki wyszła obronną ręką z konfliktu, który dziś odżywa ze zdwojoną siłą.

Swoją drogą, Etiopia kilka lat temu silnie ingerowała w politykę wewnętrzną Somalii. W połowie 2003 r. Etiopczycy postanowili stworzyć u swojego sąsiada nowy rząd, podległy ich jurysdykcji. Cel został osiągnięty, jednak w 2006 r. doszło do rywalizacji etiopsko-erytrejskiej, co skończyło się powołaniem Trybunałów Islamskich w Mogadiszu, a ostatecznie inwazją wojsk etiopskich na wschodzie.

Kolejnym powodem, dla którego Etiopczycy nie cieszą się sympatią u swojego sąsiada, jest poparcie, jakiego udzielili Somalilandowi, który powstał w 1991 r. uzyskując dostęp do portu Berbera. Tym samy, Etiopia z państwa śródlądowego zdobyła pośredni dostęp do Oceanu Indyjskiego, a sami Somalijczycy uznali, iż państwo to dąży do utwierdzenia podziału Somalii.

Być może zamiarem Amerykanów nie jest ratowanie samej Somalii, ale też Etiopii, której rząd centralny zaczyna tracić legitymizację wśród obywateli i jest zagrożony upadkiem. USA, jeżeli zdecyduje się na współpracę, będzie wywierało presję na rządzących, którzy będą musieli realizować swą politykę w bardziej demokratycznym stylu. To dotyczy zarówno pokojowych rozmów z Erytreą na temat spornych obszarów, a także poszanowania praw człowieka (tutaj muzułmanów) w prowincji Ogaden. Szczególny nacisk powinien zostać położony na kwestii, czy Etiopia jest nadal demokratycznym państwem, czy tylko dyktaturą prezydenta Melesa Zenawi’ego. Niczym nadzwyczajnym jest fakt współpracy USA z niedemokratycznymi rządami w przeszłości, ale wizerunek Baracka Obamy każe stwierdzić, iż jemu raczej to nie przystaje.

Jeżeli współpraca USA i Etiopii ma mieć jakikolwiek sens, potrzeba zmiany w polityce wewnętrznej afrykańskiego partnera. Amerykanie mogą ostatecznie sami wymusić oczekiwany przez siebie rezultat poprzez wstrzymanie pomocy humanitarnej i militarnej dla Etiopii (650 milionów dolarów w 2008 r.), a także dzięki cofnięciu poparcia dla Zenawi’ego w sprawie prowincji Ogaden. Być może dlatego ONZ jeszcze nie wysłała tam „błękitnych hełmów”, a jedyną organizacją transnarodową, która głośno mówi o łamaniu praw człowieka w prowincji jest Amnesty International. Dopóki Etiopia nie będzie uważana za stabilną demokrację, dopóty jej współpraca z USA nie będzie przynosiła (dla Amerykanów) pożądanych skutków.

Poniżej prezentuję odnośnik, do bardzo udanej galerii zdjęć z Mogadiszu.

990 pixeli – Sytuacja w Somalii